O sprawnym samochodzie, co ciągle się rozładowywał

07 Sty 2016

Są rzeczy, o których filozofom się nie śniło. Opisane poniżej perypetie z pewną, wysokiej klasy limuzyną do takich z pewnością można zaliczyć.

Historia, którą tym razem przedstawiamy wydarzyła się stosunkowo nie dawno, bo w miłych czasach, gdy euro kosztowało 3,5 zł, zaś banki dawały 110% kredytu na małe mieszkania, ze względu na cenę słusznie nazywane apartamentami. W atmosferze panującego wówczas ogólnego optymizmu i przy koniunkturze w branży budowlanej, przegrzanej jak zablokowane hamulce, pan Krzysztof, deweloper, nakazał sobie zafakturować jedną (na początek) limuzynę z benzynowym silnikiem V6, automatyczną skrzynią biegów, skórzaną tapicerką i wszystkimi w zasadzie dodatkami z katalogu wyposażenia specjalnego. Na pytanie pracownika salonu samochodowego, czy klient życzy sobie „auto z kratką” pan Krzysztof zareagował z krańcowym niesmakiem, wierząc w trwałość prosperity na rynku mieszkaniowym, sorry, apartamentowym.

Nie grzeje, nie działa

Zaczęło się niewinnie, parę dni po odbiorze samochodu. Pan Krzysztof postanowił otóż wypróbować niezależne, w dodatku zdalnie sterowane ogrzewanie nowego pojazdu. Specjalnie w tym celu, budząc zdumienie żony, poprzedniego wieczoru limuzyny nie wstawił do garażu, pomimo, że po sprzedaży Żuka, miejsca w nim było pod dostatkiem. Przy śniadaniu, powtarzając to, co zobaczył na reklamie opcji ogrzewania dodatkowego, pan Krzysztof „wcisł” był na pilocie guzik z rysunkiem małego płomyczka i wiatraczka. Nie spiesząc się z kawą i kanapką, powiedział żonie, aby nadmiernie grubo się nie ubierała, bo będzie niespodzianka. W myślach już widział zdziwioną połowicę, jak wsiada do limuzyny, a tu w środku cieplutko! Nie tak, jak kiedyś w ich Polonezie, który nagrzewał długo, a gdy miał zaślepioną nagrzewnicę (bo ciekła), to zimno było w nim niczym w psiarni.

Połowica się rzeczywiście zdziwiła, ale nie z powodu ciepła, lecz dlatego, że samochód nie chciał się otworzyć fabrycznym pilotem. – Tyle kosztował, a już nie działa? – nie bez pretensji ni to zapytała, ni to stwierdziła. W popsutej atmosferze pan Krzysztof otworzył auto kluczykiem, by odkryć po chwili, że samochodu nie sposób uruchomić. Bardziej zrezygnowany niż zły, zawezwał pomoc.

Poprawa na krótko

Pomoc, która nawet dość szybko przybyła, stwierdziła rozładowany akumulator. Uruchomiła więc auto, posiłkując się małym i sprytnym akumulatorem rozruchowym. Trwało to raptem kilka minut, tym łatwiej więc pan Krzysztof dał się przekonać, że nic poważnego się nie stało. Jak go zapewniono, akumulatory po prostu tak mają, że czasem się rozładowują, a wtedy pomoc przyjeżdża, auto odpala, klient trochę się przejedzie i można zapomnieć o sprawie.

I rzeczywiście, gdy pan Krzysztof pojeździł trochę, zniknęły z wyświetlacza ostrzegawcze komunikaty, zegarek złapał właściwy czas (z satelity), ogrzewanie postojowe zaczęło działać, auto dawało się otwierać pilotem i odpalało bez jakichkolwiek problemów. Sytuacja ta nie trwała jednak długo. Kilkanaście dni później podczas zagranicznej podróży służbowej, jakby sugerowały rachunki przekazane do księgowości, a tak naprawdę podczas wyjazdu na narty (bo, przypominamy, euro po 3,5 zł) nastąpiła „powtórka z rozrywki”. Pomoc zawezwana u lokalnego dealera, jako że auto objęte było gwarancją działającą w całej Europie, podłączyła identyczny jak w Polsce sprytny akumulator rozruchowy i załatwiwszy, co miała załatwić, zniknęła, życząc w obcym języku „szerokiej drogi”.

Wszystko niby w porządku

Po przybyciu do Polski pan Krzysztof odstawił samochód do serwisu, podając w zleceniu, że „auto nie zapala rano”. Na czas naprawy dostał do dyspozycji w zasadzie identyczny pojazd, do którego skrupulatnie poprzekładał wszystko co miał w swoim aucie, gdyż z natury był podejrzliwy, a na kopii zlecenia stało jak byk napisane, że „za rzeczy pozostawione w samochodzie serwis nie odpowiada”.

Poszukiwania przyczyny rozładowywania się akumulatora rozpoczęto w warsztacie od podłączenia miernika uniwersalnego pomiędzy zdjętą plusową klemę i plusowy czop baterii. Po zamknięciu samochodu pilotem miernik ów przez pierwszych kilka minut pokazywał paroamperową fazę uspokajania się licznych komputerów znajdujących się w samochodzie, po czym następował stan snu z miliamperową już aktywnością. Stan ten, jak najbardziej prawidłowy, trwał aż do momentu, gdy rankiem, bez najmniejszego problemu, samochód został z pilota otworzony. Rozruch silnika też odbył się bez jakichkolwiek trudności.

O sprawnym aucie  2Cały ten test został powtórzony następnego dnia, a ponieważ przyniósł identyczny skutek, tzn. niczego niepokojącego nie stwierdzono, pan Krzysztofa został poproszony o odbiór swojego auta i zwrot zastępczego. Proces wydania limuzyny przebiegł, mówiąc językiem dyplomatycznym, w „atmosferze wzajemnego zrozumienia”, szybko uległa ona jednak pogorszeniu, bo już kolejnego dnia pojazd znów zaniemógł. – Te patałachy niczego nie potrafią naprawić – skarżył się pan Krzysztof żonie, w serwisie natomiast wyrażono przypuszczenie że „ten sk… ma coś podłączone, ale gdzie?”.

Ponieważ stan „śmierci prądowej” po nocnym postoju powtarzał się niezbyt często i w dodatku bez jakiejkolwiek regularności, obie strony powróciły do dyplomacji. Na podawane z pełną kulturą hasło „rozładowany”, równie kulturalnie do auta wysyłana była ekipa uruchamiająca. Zgodnie z zasadami savoir-vivre przebiegało też przyjmowanie samochodu na kolejne, bezskuteczne naprawy, które odbywały się wedle stałego scenariusza, tzn. sprawdzano to, co nakazywała procedura, stwierdzano brak usterek i wydawano pojazd. Jednym razem pojawił się nawet cień nadziei, że coś wreszcie zostało znalezione. Oto podłączony do akumulatora elektroniczny tester orzekł, iż bateria jest niesprawna. Została zatem wymieniona na nową, ale usterka znów się powtórzyła, co rozwiało akumulatorowe nadzieje. Jak się znacznie później okazało, tester był źle oprogramowany i oceniał negatywnie całkowicie sprawne akumulatory. No cóż, zdarza się.

Bezskuteczne „machniom”

Nie wiadomo, jak długo wykonywane byłyby nic nie dające naprawy, gdyby nie czujne oko zainstalowanego w Centrali programu rozliczającego koszty reklamacji. To dzięki niemu przypadek, który szybko się piął na usterkowej liście przebojów, został wzięty pod lupę. Krótka analiza monotonnego opisu bezskutecznych napraw skłoniła Centralę do zastosowania wypróbowanej już technologii łapania na gorącym uczynku „klientów potrafiących poprzez nienormalne użytkowanie pojazdu powodować pojawianie się usterek, a w konsekwencji zgłaszać roszczenia wymiany rzekomo wadliwego pojazdu”, jak to w pewnej sprawie raczył był przed sądem powiedzieć wynajęty przez Centralę adwokat. Panu Krzysztofowi wydano zatem znów auto zastępcze, jego samochód sprowadzono zaś do Centrali, gdzie w ramach prób każdy, kto miał ochotę mógł go sobie zażyć, czy to z potrzeby, czy z próżności (przypominamy, że była to poważna limuzyna). Dwutygodniowe „machniom” niestety niczego nie wyjaśniło. Oba auta przejechały po parę tysięcy kilometrów i nic.

Co ma płyta CD do akumulatora?

Kolejne zgłoszenie „rozładowania akumulatora rano” zostało złożone już bezpośrednio w Centrali, a wystosowali je wspólnie pan Krzysztof i serwis obsługujący jego auto. Sentencja owego zgłoszenia, należy wnosić, że również uzgodniona, brzmiała: „wnioskujemy o wymianę samochodu”. W Centrali postulat ten nawet zaakceptowano, ale ponieważ w okolicy, gdzie znajdował się pechowy pojazd, jak raz przebywał technik zajmujący się reklamacjami, na wszelki przypadek wysłano go, aby na miejscu sprawdził wszystko jeszcze raz.

Aż strach pomyśleć, o ile uboższa byłaby wiedza i przy okazji, jak kosztowna dla Centrali niewiedza, gdyby nie zdarzyło się, że technik przybył do serwisu wcześniej niż pan Krzysztof. A tak poprzez zrządzenie losu wysłannik Centrali mógł na własne oczy obejrzeć rytuał przekazywania panu Krzysztofowi samochodu zastępczego. Zobaczył więc, że klient ze wszystkich schowków i kieszeni swego auta metodycznie przenosi wszelkie drobiazgi, wśród których są m.in. samodzielnie wypalone płyty CD opisane skrótami „Lata 70.” i „Lata 80.”. Dało się przy tym odczuć, iż panu Krzysztofowi jest trochę nieswojo, aczkolwiek nie było wiadomo, czy to z powodu, że wstydzi się swego zamiłowania do piosenek z dawno minionych dziesięcioleci, czy też z uwagi na piracki charakter kopii. Dla technika nie miało to jednak znaczenia, najważniejsze, że pojawił się obiecujący trop, który doprowadził go do rozwiązania zagadki rozładowującego się akumulatora.

O sprawnym aucie  1

Otóż ulegał on rozładowaniu za sprawą niecodziennego, a złośliwego zbiegu okoliczności. Konkretnie zaś z jednej strony winne było niedopracowane oprogramowanie wysokiej klasy radioodbiornika z odtwarzaczem CD zamontowanego w samochodzie, z drugiej zaś – marne płyty CD, których używał właściciel pojazdu do samodzielnego przygotowywania składanek muzycznych. Przybliżając rzecz jeszcze bardziej – programiści nie przewidzieli, że komuś może przyjść do głowy korzystanie z płyt o podłej jakości w sprzęcie wysokiej klasy.

Mechanizm całego zjawiska był taki, że po wyłączeniu zapłonu i wyjęciu kluczyka ze stacyjki oprogramowanie radioodtwarzacza wykonywało „eject” ostatnio odsłuchiwanej płyty. Jeżeli była to płyta nietrzymająca tolerancji grubości, zdarzało się, że nie wychodziła z urządzenia za pierwszym razem. W oprogramowaniu przewidziano taką sytuację i po kilkunastu sekundach rozpoczynało ono całą procedurę ponownie, gdyż zacinający się mechanizm po lekkim ostygnięciu zazwyczaj „puszczał”. Programistom nie przyszło do głowy, że może trafić się płyta, która nie wyjdzie i za drugim razem, więc pętla powtarzała się dopóki wystarczyło energii w akumulatorze. Dopiero gdy doszło do opisanych w tekście zdarzeń, oprogramowanie zostało poprawione i cały problem zniknął.

Dodać tu jeszcze można, że niektóre modele radioodtwarzaczy potrafią odczytać tylko płyty tłoczone, więc gdy włożymy wypaloną, urządzenie próbuje do skutku wczytać utwór, a w tym czasie cały czas pracują takie wewnętrzne systemy radioodtwarzacza, jak laser odpowiedzialny za odczyt, mechanizm ustawiania lasera i największy pożeracz prądu – wzmacniacz. Jeśli jednocześnie radioodtwarzacz został podłączony w taki sposób, by można było słuchać muzyki przy kluczyku wyciągniętym ze stacyjki, nieuchronnym finałem jest rozładowanie się akumulatora.

Dojść do tego może także wtedy, gdy radioodtwarzacz nieczytający wypalanych płyt wyłącza się automatycznie po wyjęciu kluczyka. Jeśli bowiem pamięć urządzenia i laser z serwomechanizmami podpięte są do zasilania podtrzymującego ustawienia radioodtwarzacza, będą one pracować tak długo, aż utwór nie zapisze się w wewnętrznej pamięci, czyli teoretycznie w nieskończoność, praktycznie zaś do czasu wyczerpania się zapasu prądu zgromadzonego w akumulatorze

Stanisław Trela

POWIĄZANE POSTY
1 comments
  1. A ja skomentuję to tak:
    kiepskiej baletnicy to i rąbek u spódnicy….
    Poza tym widzę tu całkowity brak logiki, jeśli klientowi nie zdarzały się problemy przy przekładaniu płyt(wg tego co piszecie miał więcej niż jedną to dlaczego zdarzały się przy automatycznym „wypluwaniu”
    P.S.
    Zakładanie, że płyty były pirackie to trochę daleko posunięty pomysł zabarwiony najwyraźniej niechęcią do klienta – zgodnie z polskim prawem można wykonywać kopie legalnie posiadanych utworów robiąc np „składanki”

Zostaw Komentarz