Zabójca komputerów

07 Kwi 2015

Częstym grzechem popełnianym przez teoretyków jest niedocenianie tego, co do powiedzenia mają praktycy. O tym właśnie jest ta historia.

Zastępca kierownika, słynny teoretyk,
I autor o pływaniu podręczników trzech,
„Nie umiem pływać, wyciągnijta mnie, o rety…!”
– krzyczał i bańki nosem puszczał, aż brał śmiech.

Cytat ten, zaczerpnięty z piosenki „Maraton Sopot – Puck” autorstwa Wojciecha Młynarskiego, pasuje jako poetycka „ilustracja” do niniejszego tekstu poświeconego dziwnym awariom. Opowiada on o nieprawdopodobnym zbiegu okoliczności, który mógł był się przyczynić do złamania kariery bardzo dobrze zapowiadającego się doradcy technicznego w jednym z autoryzowanych serwisów pierwszorzędnej, luksusowej marki samochodów.

Być może sprawa nie miałaby tak dramatycznego przebiegu, gdyby młody inżynier wyłączył na chwilę – czasem zawodne, jak się okazuje – racjonalne myślenie i dopuścił, potwierdzoną wielokrotnie w praktyce nieśmiertelną myśl teoretyka stanów awaryjnych inżyniera Edwarda Murphy’ego, który orzekł, że jeżeli tylko coś może być zrobione źle, zawsze znajdzie się ktoś, kto tak właśnie zrobi. Jednak to nie jedyny błąd naszego doradcy.Drugim było przekonanie, że praktycy, czyli ci, którzy przygotowane przez inżynierów procedury wcielają w życie, nie mogą czasem wiedzieć czegoś, co wymyka się teorii.

Nowy na minie

Znakomicie przygotowany zawodowo doradca był absolwentem renomowanej, państwowej politechniki. Operował swobodnie niemieckim i angielskim językiem technicznym, a i z klientem zza wchodniej granicy potrafił się porozumieć bez większego trudu. Solidne wykształcenie było dodatkowo podparte kilkutygodniowym szkoleniem zagranicznym w centrali producenta samochodów, którymi zajmował się autoryzowany serwis. Serwis nie był zresztą pierwszym miejscem pracy młodego inżyniera, więc miał on pewne doświadczenie.

Nie wiadomo dlaczego, ale w każdym niemal fachu jest tak, że nowozatrudnionego pracownika chętnie sprawdza się metodą „wsadzenia na minę”. Przy czym nie chodzi tu o poddanie jego kompetencji rzeczywistej próbie, ale raczej o ustawienie w szyku, tak by młodemu od razu przeszła ochota na zgłaszanie pomysłów i postulowanie jakichś zmian, które przecież nie wiadomo jak się skończą. Nie inaczej było i w rzeczonym serwisie. W efekcie aprawy potoczyły się w taki oto sposób.

Pewnego dnia, kiedy senność atmosfery późnej jesieni wydawała się – niezależnie od ilości wypitej kawy – nie do opanowania, trafiła się okazja wsadzenia młodego na minę. Inżynier został wezwany, po czym zreferowano mu zadanie, którym miał się zająć.

Zabojca komputerow 01Było nim dochodzenie w sprawie samochodu z silnikiem CDI, które to auto w ciągu ostatnich 32 dni przyjechało do serwisu trzy razy w awaryjnym trybie sterowania silnikiem. Tester diagnostyczny za każdym razem odczytywał ten sam, nie dający się wykasować błąd: „zwarcie lub przerwa w obwodzie przetwornika podciśnienia sterującego siłownikiem turbosprężarki”.

Za pierwszym razem wymieniono sterownik silnika, co dało poprawę na kilka dni. Za drugim razem wymieniono powtórnie sterownik, a także znajdujący się w sygnalizowanym obwodzie przetwornik. Druga naprawa również wystarczyła na kilka dni. Trzecim razem znów wymieniono jedynie sterownik, co dało taki efekt, że oto właściciel pojazdu zgłosił się do serwisu po raz kolejny.

Przepowiednia majstra

Nasz inżynier, nie nauczony jeszcze przez życie, że wyglądające banalnie przypadki często okazują się sprawami zawikłanymi niczym kryminalna zagadka, od razu miał gotową tezę dotycząca przyczyn awarii, przy czym wypowiedział się dość niepochlebnie o umiejętnościach prowadzących naprawę elektryków. Orzekł mianowicie, że przyczyną powtarzania się uszkodzeń stopnia końcowego sterownika silnika jest nic innego jak przegapione, występujące okresowo zwarcie przewodów pomiędzy sterownikiem a przetwornikiem podciśnienia, a w zasadzie jego banalną cewką z drutu. Inżynier nakazał więc majstrowi, aby zamówił następny sterownik i polecił elektrykom „prześwietlić” wiązkę.

Co dalej należy zrobić, majster – stary wyjadacz, wiedział. Ale na wszelki wypadek zapytał, czy założyć nowy komputer i oddać samochód klientowi. Doradca zdecydowanie potwierdził, na co majster skinął tylko głową, dodając wszelako pod nosem, że to i tak się powtórzy.

Proroctwo majstra się ziściło. Auto po raz piąty przyjechało do serwisu w trybie awaryjnym. Komputer diagnostyczny po raz kolejny też wyświetlił komunikat o tym samym błędzie, którego próba wykasowania, tak jak i wszystkie wcześniejsze, zakończyła się niepowodzeniem. Piąta, nieskuteczna naprawa została już wykryta w systemie komputerowym gwaranta, więc serwis został poinformowany telefonicznie, że następny komputer nie będzie już finansowany przez producenta samochodu. Sytuacja zrobiła się więc, co tu dużo mówić, arcypoważna.

Na pierwszej linii

Po skrupulatnej analizie schematu elektrycznego młody inżynier, nieźle już zresztą zestresowany, doszedł do wniosku, że elektrycy coś jednak przegapili i zwarcie gdzieś w wiązce jest. Był jednakże inżynier na tyle krytyczny, że dopuszczał myśl, iż problem jest dużo bardziej poważny, zaś jednoznaczna i zapewne banalna przyczyna usterki tkwi sobie gdzieś sprytnie zamaskowana.

Ta odrobina wątpliwości przełożyła się na telefon do klienta. Młody inżynier chciał porozmawiać fachowo o okolicznościach awarii, a przy okazji przeprosić oraz obiecać, że tym razem już będzie dobrze. Niestety właściciel pechowego auta wyznał, że na samochodzie zna się dokładnie tyle, ile wymaga się na egzaminie na prawo jazdy. Starając się jednak przywołać w pamięci okoliczności, w których dochodziło do usterki, stwierdził, że sygnalizujący awarię napis EDC zapalał się raczej wtedy, kiedy auto stało.

Niewiele to pomogło młodemu inżynierowi, jednak skłoniło go do udania się z wizytą na pierwszą linię, czyli „na warsztat”. Co prawda zawsze uważał on, że przysłowie „pańskie oko konia tuczy” to prehistoryczna bzdura, ale w tej krytycznej sytuacji, gdy widmo szóstego sterownika unosiło się już nad samochodem, rad był się chwycić każdej nadziei na rozwiązanie zagadki tej przedziwnej awarii.

Zabojca komputerow 06Inspekcja pozwoliła dokonać nowych ustaleń. Wprawdzie rozprucie półtora metra wiązki nie potwierdziło gamoniostwa elektryków (wszystkie przewody miały izolacje bez zarzutu), ale w przewód sterujący rozrusznikiem wpięta była odnoga obcego systemu mającego chronić auto przed kradzieżą. Obecność „obcej zabudowy” została zatem odnotowana w zleceniu naprawy. Ponieważ przejście przez etap procedury diagnostycznej polegający na ustaleniu, w jakich okolicznościach występuje usterka zostało jako tako zrealizowane (przypuszczalnie dochodziło do niej, kiedy auto stało), należało również, zgodnie z procedurą, sprawdzić silnik na postoju. Młody inżynier, otrzymawszy plenipotencje od szefostwa odnośnie podejmowania wszelkich decyzji dotyczących naprawy uznał za konieczne poprowadzić dla pewności oddzielne przewody do przetwornika, a także przez tydzień kilka razy dziennie sprawdzać silnik na postoju.

Zalecenia inżynierskie wykonano. Samochód z piątym komputerem odstawiono na parking, zaś majster każdego dnia typował ofiarę, która brnąc w topniejącym śniegu lazła do auta, aby uruchomić silnik, dać parę razy gazu, wpisać w zlecenie „silnik sprawdzono – ok” i wrócić w przemoczonych butach do warsztatu. Elektrycy biorący udział w naprawach uważali, że „młody” powinien przeprosić ich za niesłuszne oskarżenie niewykrycia zwarcia w wiązce, lecz niestety nie doczekali się. I tak nasz młody, ambitny inżynier stracił sympatię ludzi, którzy choć nie dysponowali akademickim wykształceniem, to jednak stale przebywając na „pierwszej linii frontu” coś zaczęli kojarzyć i podzwoniwszy po kolegach z innych serwisów dowiedzieli się, co w trawie piszczy.

I tu być może zaskoczymy niektórych czytelników. Piąta naprawa wyglądała na skuteczną! Minął tydzień, drugi, a tu nic. Nawet rytualna rozmowa telefoniczna z klientem pt. „I jak tam auto się sprawuje?” została przeprowadzona. – Jak się znowu popsuje, to przyjadę. Może wszystkiemu winien był ten alarm? – powiedział klient, któremu wcześniej umiejętnie podłożono sprawę „obcej zabudowy” w instalacji, aby miał, choćby niewielkie poczucie winy, które nie pozwoliłoby mu wieszać psów na serwisie.

Słodka zemsta elektryków

Tymczasem nastała wiosna. Satysfakcję z udanego zakończenia zaczynającej już śmierdzieć sprawy CDI, zabójcy komputerów, przyćmiła naszemu inżynierowi wdrożona właśnie w koncernie polityka oszczędnościowa. Zagraniczna delegacja inżyniera na pozimową wymianę (złych) doświadczeń serwisowych została w ramach redukcji kosztów anulowana. Młody człowiek był tym mocno zawiedziony, bowiem miał w zanadrzu przygotowaną dla swoich zagranicznych kolegów opowieść (zdrowo podkoloryzowaną oczywiście) o piekielnym CDI, kończącą się jednak happy endem, polegającym na tym, że on – młody inżynier – tajemniczą awarię rozgryzł i doprowadził do jej skutecznego usunięcia.

Lato upłynęło w serwisie dość leniwie, bo to i sezon urlopowy, a i klienci zgłaszają się do warsztatu z rzadka, gdyż zwykle zaabsorbowani są wakacjami. Również i początek jesieni wolny był od sensacji. Jednak nastała zima, a wraz z nią do serwisu zawitał, a jakże, nasz nieuleczalny CDI – w trybie awaryjnym, ma się rozumieć.

Podłączenie auta do komputera diagnostycznego miało charakter wyłącznie formalny, potrzebne było bowiem tylko do uzyskania stosownego wydruku dołączanego do dokumentacji reklamacyjnej. Wszyscy w warsztacie i tak wiedzieli doskonale, co objawi pamięć sterownika. Wtedy też nastąpiła scena, na którą długo czekał personel liniowy. Oto bowiem majster, wezwawszy inżyniera do awarii jął szydzić z niego niemiłosiernie, odreagowując wszystkie doznane upokorzenia, zaś sam inżynier doznawszy obrzydliwego uczucia paraliżującej bezradności nie mógł wydusić z siebie ani słowa.

Nie był to zresztą koniec zemsty ludu pracującego na nadętym inteligencie, bowiem podczas zarządzonej przez serwisową „górę” narady poświęconej temu niezwykłemu przypadkowi, występujący „razem i w porozumieniu” elektrycy powiedzieli, dzieląc się na głosy, że te teorie, co je pan inżynier wymyśla, to są do niczego. Lepiej będzie, jak się da na warsztat jeszcze jeden nowy komputer, a elektrycy już sami naprawią, co trzeba i będzie dobrze. Jasne, że trzeba będzie posiedzieć po godzinach, ale czego się nie robi dla zakładu. – Byle by, rzecz jasna, premia była cała – dodali na zakończenie.

Pragmatyczne kierownictwo zareagowało pozytywnie na tę, co tu ukrywać, szytą grubymi nićmi, intrygę elektryków. W najgorszym wypadku elektrycy polegną, to wtedy inżynier naprawi jeszcze raz, tak że do następnej zimy wystarczy, a wtedy będzie już szczęśliwie po gwarancji. Jeżeli zaś elektrycy naprawią skutecznie, to jeszcze lepiej, bo młodemu się nosa utrze i przestanie on tak przy każdej okazji zagadywać w sprawie podwyżki.

Naprawa wykonana przez elektryków, którzy poufną drogą zdobyli niezbędną do jej przeprowadzenia wiedzę, okazała się skuteczna, co potwierdzała prowadzona jeszcze przez kolejne trzy lata dokumentacja obsługowo-naprawcza rzeczonego auta.

 Zabojca komputerow 10

Cały problem brał się bowiem stąd, że ze sterownika zasilany był nie tylko przetwornik podciśnienia sterującego turbosprężarką, ale także „coś innego”. I właśnie w tym „czymś innym” dochodziło do zwarcia, które powodowało awarię sterownika. Jednocześnie jako jej powód oprogramowanie diagnostyczne (poprzez komunikat pokazujący się ekranie testera diagnostycznego) podawało jednak wyłącznie przetwornik podciśnienia. Każdy kto bez zastrzeżeń ufał w nieomylność oprogramowania (a raczej tworzących je programistów) skazany był w takiej sytuacji na to, że wykonywane przezeń naprawy nie przyniosą rezultatu.

„Tym czymś” zasilanym dodatkowo ze sterownika była w przypadku opisywanego auta mała grzałka do podgrzewania gazów odprowadzanych ze skrzyni korbowej do układu dolotowego. Do jej uruchamiania dochodziło wyłącznie przy odpowiednio niskiej temperaturze, dlatego gdy było ciepło sterownik przez całe miesiące nie ulegał awarii.

Stanisław Trela

POWIĄZANE POSTY
6 komentarzy
  1. Proszę zmienić styl pisania bo ten okropnie się czyta.
    Zwięzłość przy tekstach technicznych to największa zaleta.
    Pisz Pan zwiężle i do rzeczy,przecież zakładać,w swej rozumności musisz że ktoś to czytać będzie. I jak się czytało?
    Z poważaniem wszelakim oddaję się spokojności.

  2. Panie Przemysławie, toż to radość czytać coś więcej niźli ilość miliamperów czy atmosfer:) Ten styl ratuje mnie od nudnej matematyki dnia warztatowego.

  3. Popieram przedmówcę, to jest artykuł branżowy,
    nie będzie go czytał miłośnik literatury i zachwycał się pięknem „zawiłych opisów przyrody”.

    1. Kto chce zwięzłych tekstów technicznych, niech sobie wykupi dostęp do jakiejś bazy, albo weźmie biuletyn firmowy. To są przypowieści warsztatowe i dobrze, że są pisane z humorem, bo się je fajnie czyta.

Zostaw Komentarz