Ślimak jako ryba, hulajnoga jako rower

10 kwi 2019

Nasze prześwietne ministerium odpowiedzialne za to, co się dzieje na drogach (nazwy nie podajemy celowo, bo ta się co i raz zmienia) jest co prawda zawsze zatroskane, ale nie nadąża za rzeczywistością. Przykłady można długo wymieniać: a to problem z montowaniem świateł dziennych, a to kłopot z bagażnikami rowerowymi mocowanymi na haku, a to znów nielegalne (tylko w Polsce) przyczepki rowerowe dla dzieci.

Tym razem czcigodny urząd, jego departamenty, rozporządzenia i pieczątki nie nadążają za elektrycznymi hulajnogami. Pojawiło się tego sprzętu w Warszawie całe mnóstwo i teraz przechodnie muszą uważać, żeby nie dać się potrącić przez pędzącego chodnikiem hulajnogowicza, a można na takim wynalazku jechać nawet 25 km/h. Przy tej prędkości nietrudno wyobrazić sobie, czym taki wypadek może się skończyć.

– Pognać toto na ulicę albo ścieżki rowerowe – pieklił się już niejeden pieszy, któremu przed nosem przemknął stukilowy użytkownik elektrycznej hulajnogi. No więc odpowiadamy naszym Czytelnikom: pognać hulajnóg z chodników na razie nie można, a to dlatego, że z powodu nieprecyzyjnych regulacji użytkownik elektrycznej hulajnogi lub takiejż deskorolki uznawany jest w świetle prawa za pieszego.

Czy to absurd? Niezawodnie. Ale nie da się wyegzekwować przepisu, którego nie ma. No i tu znów wychodzi na jaw ospałość naszej machiny urzędniczej. Elektryczne hulajnogi śmigają po mieście już od wielu miesięcy, a ministerium coś dopiero zapowiada, po głowie się drapie, zastanawia się, co z tym fantem zrobić. Zanim coś wymyśli, skieruje, wyda, znów upłynie mnóstwo czasu, w którym zdąży się pojawić coś całkiem nowego, czego nasze przepisy nie przewidziały i znów będą w tyle za rzeczywistością.

A może by tak brać przykład z regulacji unijnych? Skoro UE może z jakichś tam uzasadnionych powodów uznawać marchewkę za owoc, a ślimaka za rybę, to niech nasze przepisy uznają hulajnogę za rower i już.

Zostaw Komentarz