Drugi i trzeci nie palą

19 maja 2015

Niektóre ułomności samochodu wychodzą na jaw wyłącznie w ściśle określonych warunkach. Powoduje to często problemy związane ze zdiagnozowaniem awarii.

Pani Krystyna była szefową firmy kosmetycznej liczącej się nie tylko na lokalnym rynku. Kupując sobie nowy samochód uznała więc, że powinna wybrać sobie odpowiednio prestiżowe auto. Jej koleżanki wyrażały się o pojeździe z zachwytem, który jednak podszyty był zawiścią i cichym, ale jakże silnym pragnieniem, żeby cacko się jak najszybciej zepsuło. Jakoż życzeniom tym stało się zadość, bowiem samochód rzeczywiście psuć się zaczął. Mimo, że właścicielka samochodu jeździła nim głównie do pracy i z powrotem, pokonując dziennie dystans ledwie kilku kilometrów, pojazd dorobił się już całkiem poważnego przebiegu, a to za sprawą jedynego syna pani Krystyny, ogromnie rozmiłowanego w automobilowych ekskursjach.

Czasami przerywa

Pewnego wieczoru młodzian ów, oddając matce kluczyki, poradził jej, by przy najbliższej okazji powiedziała w serwisie, że samochód szwankuje, ponieważ silnik czasami przerywa. Pani Krystyna przestraszyła się nie na żarty, iż dziecko popsuło jej auto, jednak próbna jazda nie wykazała żadnych nieprawidłowości.

Przypadek sprawił jednak, iż usterka wyszła na jaw. Tak się bowiem złożyło, że po jednym z biznesowych spotkań, podczas którego wzniesiono kilka toastów, pani Krystyna wracała swoim autem w towarzystwie syna, który rzecz jasna prowadził. Podczas jazdy do domu młodzieniec powrócił do tematu szarpiącego silnika i zaproponował mamie, że pokaże, w jakich okolicznościach owa usterka się objawia. Wypity chwilę wcześniej szampan osłabił nieco czujność pani Krystyny, dlatego też nieopatrznie się na to zgodziła.

2-3 nie palą04Demonstracja wyglądała następująco: dwudziestolatek zredukował bieg z międzygazem z piątki do trójki, następnie wcisnął gaz do dechy, skutkiem czego jego czcigodnej matce serce podeszło do gardła. A to był dopiero początek. Po osiągnięciu przez silnik na trzecim biegu 6500 obrotów na minutę, nastąpiła błyskawiczna zmiana przełożenia z trójki na czwórkę z niecałkowitym rozłączeniem sprzęgła. I właśnie w tym momencie auto zaczęło znienacka szarpać, a głowy kierowcy i pasażerki jęły wykonywać rytmiczne ruchy do przodu i do tyłu. Po chwili jednak wszystko się uspokoiło i to nawet za bardzo. Samochód stał się nagle ospały i apatyczny, ponieważ rozdygotany silnik postanowił przejść w tryb awaryjny. Potwierdzeniem tego faktu był „motorek z piorunkiem”, który rozjarzył się jadowitym, żółtym światłem na zestawie wskaźników. Nie speszony tym syn pani Krystyny zjechał spokojnie na pobocze, wyłączył silnik, po czym po chwili uruchomił go powtórnie. Auto niespodziewanie powróciło do formy i już bez dalszych niespodzianek pani Krystyna i jej syn dojechali nim do domu.

Błędy skasowano, auto wydano

Następnego dnia właścicielka samochodu od razu udała się do serwisu, by powierzyć auto fachowcom. Tam, nie szczędząc dramatycznych środków wyrazu, w plastyczny sposób opisała całe zajście, do którego doszło poprzedniego dnia. Doradca serwisowy ze zrozumieniem pokiwał głową i rutynowo skierował auto „na komputer”. Tester wykrył w pamięci wstydliwych błędów sterownika wielokrotne zapisy zakłóconego procesu spalania w cylindrach drugim i trzecim.

Błędy od ręki skasowano, a doradca serwisowy udał się – nawet chętnie – na jazdę próbną. Po powrocie (pojechał do pobliskiego sklepu spożywczego i z powrotem) solennie zapewnił panią Krystynę, że silnik chodzi jak zegarek, a te błędy to zapewne od „chrzczonej” benzyny. Zalecił zatem, aby nie lać do baku szajsu na nieznanych stacjach, lecz kupować paliwo sprzedawane przez znane, światowe koncerny naftowe.

Tankowanie jedynie słusznej benzyny pochodzącej z renomowanych stacji nie wniosło jednak nic nowego do zachowania silnika, gdy auto dostawało się w ręce, a właściwie pod nogę, syna pani Krystyny. Kiedy samochód prowadzony był przez swoją prawowitą właścicielkę, zachowywał się, tak jak i wcześniej, absolutnie  normalnie.

Synek w serwisie

Dziwne zachowanie samochodu rozpalało do białości atmosferę dyskusji prowadzonych przez kolegów syna pani Krystyny, którzy razem z nim doświadczali upokorzenia, kiedy to podczas wieczornych „ustawek” z optycznie tuningowanymi wehikułami, które jednak wiekiem nie odbiegały wiele od prowadzących je kierowców, wypasiona bryka pani Krystyny doznawała nagle niemocy. Krótko po starcie, owszem, konkurenci zostawali w tyle. Ale nieco później, kiedy już się zdążyli rozpędzić, mamine auto przechodziło bez dania racji w tryb awaryjny i było przeganiane przez wszystkie odpicowane zabytki zachodniej motoryzacji.

Rada w radę ustalono, że rzeczoną mamę w serwisie po prostu kiwają. Należy więc na najbliższy przegląd podstawić auto samemu i pokazać, o co chodzi. Nawet lekko poszło z tym przeglądem. Późną jesienią syn pani Krystyny pragnąc ulżyć rodzicielce w obowiązkach, sam pojechał do serwisu celem wymiany kół na zimowe. Tam zaś w nałgał doradcy, że mama prosi, aby silnik jeszcze raz sprawdzić. Doradca serwisowy próbował zbyć młodego uzurpatora, prosząc grzecznie, by ten zapewnił mamusię, że z silnikiem jest wszystko w porządku, tak jak i poprzednim razem.

2-3 nie palą05Na tę okoliczność sprytny młodzieniec był jednak przygotowany i kwadrans później wrócił do serwisu samochodem jadącym w trybie awaryjnym, o czym zaświadczał palący się na desce rozdzielczej „motorek z piorunkiem”. W serwisie zapanowała pewna konsternacja. Ponownie podłączono komputer, który wyczytał konsekwentnie to samo, co poprzednim razem. Telefoniczna konsultacja z mamą na temat ewentualnego pozostawienia auta w serwisie skończyła się krótkim „nie” wypowiedzianym przez panią Krystynę.

Kilka czy kilkanaście dni później, pani Krystyna jadąc do pracy zatopiona w myślach o dopięciu ważnego dla jej firmy kontraktu, nie zauważyła wjeżdżającego na rondo ciągnika siodłowego w komplecie z naczepą i uderzyła weń wbijając się przy tym w tylną oś wehikułu. Przybyły patrol policji nie dał wiary zapewnieniom pani Krystyny, że kilkunastotonowy tir gwałtownie wtargnął na rondo i zajechał jej drogę. Uprzejmy, ale nieprzejednany aspirant służbista wlepił jej mandat opiewający na kwotę 500 zł i poprosił o zabranie auta, bo kraksa spowodowała poważne utrudnienia w ruchu.

W serwisie z radością powitano przywiezione na lawecie rozbite auto. Po pierwsze kosztowna naprawa nadwozia pokrywana przez ubezpieczyciela, to łakomy kąsek dla każdego warsztatu. Po drugie zaś, nadarzyła się oto okazja do sprytnego powiązania wypadających zapłonów w cylindrach drugim i trzecim z wypadkiem, gdyby, rzecz jasna, zjawisko miało się jeszcze kiedyś powtórzyć.

Tak więc doradca serwisowy, który niewątpliwie dopuścił się zaniedbania w rozpoznaniu zgłaszanych usterek w pracy silnika, odetchnął głęboko z ulgą. Rozmarzył się również, że z powodu znacznych zniszczeń przodu auta rzeczoznawca wyrazi zgodę na wymianę silnika na nowy. Marzenia (tak to już niestety z nimi jest) rozwiały się jednak szybko, bowiem biegły w swym fachu inżynier rzeczoznawca, kazał silnik naprawiać. Na nic zdały się argumenty, że blok może być skrzywiony, że wał będzie nieokrągły, albo jeszcze co innego złego po naprawie się okaże. Głuchy na te argumenty rzeczoznawca kazał powymieniać w silniku to, co uznał za uszkodzone, zaznaczywszy jednak, że jak trzeba będzie więcej „to się jeszcze dopisze”.

Lepiej niż przed dzwonem…

Samochód pani Krystyny uderzył w naczepę tak nieszczęśliwie, że najbardziej ucierpiała ta strona silnika, po której znajduje się jego osprzęt. W zasadzie wszystko, co było napędzane paskiem wieloklinowym zostało rozprasowane na bloku silnika, który jednak szczęśliwie nie uległ uszkodzeniu. Znacznie gorzej wyszła z wypadku głowica, gdyż dosłownie została „oskalpowana”, ukazując złamane koło napędu rozrządu i łańcuch, który choć również mocno poturbowany, na odłamanym kawałku koła uparcie się trzymał.

2-3 nie palą08Dobre tempo w blacharni i przy stole warsztatowym, na którym odbywała się operacja rozbiórki i montażu silnika, pozwoliło już po trzech tygodniach postawić auto ponownie na koła. Pani Krystyna wysłała po odbiór samochodu dziecko, gdyż jak tłumaczyła, zajechanie drogi przez tira śni się jej po nocach i owo traumatyczne przeżycie uniemożliwia jej prowadzenie samochodu, przynajmniej na jakiś czas.

Oczywiście, całkiem świeże a bolesne wspomnienia nie oznaczały bynajmniej, że naprawiony samochód doczekał się zasłużonego odpoczynku. Wprost przeciwnie. Syn pani Krystyny szybko przekonał mamę, że kiedy auto stoi, wszystko w nim rdzewieje, opony łapią platfusa, łożyska dostają „raka” itp., krótko mówiąc absolutnie niedopuszczalne jest pozostawienie auta nie niepokojonego, choćby i w suchym garażu. Dziecię właścicielki samochodu wdrażało tę ideę w życie na tyle sumiennie, że stało się praktycznie jedynym użytkownikiem pojazdu, w dodatku zupełnie nie przejmującym się szybko rosnącymi wskazaniami licznika przebiegu.

Młodzieniec od razu postanowił również sprawdzić, czy kapryśne auto nadal skłonne jest przechodzić w tryb awaryjny, przymuszone do tego „mało delikatnym” potraktowaniem przez kierowcę. I tu całkowite zaskoczenie. Oto okazało się, że wypadek całkowicie „uzdrowił” silnik, który wreszcie w każdych warunkach pracował prawidłowo! Na dyskotece, którą regularnie odwiedzał syn pani Krystyny, toczyły się długie a zażarte dyskusje o dziwnym „wypadkowym” patencie na skuteczną naprawę silnika. Jednak żeby auto jeździło po dzwonie lepiej niż przed nim, wydawało się zupełnie niewiarygodne. Było to tym bardziej tajemnicze, że w dokumentacji gwarancyjnej dotyczącej naprawy auta po wypadku nie widniały żadne wpisy świadczące o wcześniejszej usterce silnika.

… ale na krótko

Jednak usterka powróciła, jak weksel bez pokrycia, w identycznej postaci wkrótce po zakończeniu okresu gwarancyjnego. Tym razem autoryzowany serwis wiedział już doskonale, co jest przyczyną wypadania zapłonów. Jako skuteczny środek zaradczy zaproponowano wymianę sterownika silnika. Pewnie gdyby nie pogorszona koniunktura w branży, w której działała pani Krystyna, „komputer” zostałby wymieniony i byłoby po sprawie, zaś winą za doprowadzenie do awarii obarczony zostałby zapewne syn pani Krystyny. Z powodu kryzysu pani Krystyny nie chciała jednak nawet słyszeć o drogiej wymianie jakiegoś „elektronicznego cholerstwa”. – Nie będę wydawała majątku, żebyś jeździł jak wariat – tymi słowy zwróciła się do syna, ucinając tym samym dyskusję o naprawie samochodu.

Pozostawiony sam z problemem młody człowiek wykazał się jednak dużą zaradnością. Wykorzystując znajomości z dyskotek, znalazł dojście do młodziutkiego mechanika, który „naprawiał” silnik po wypadku. W koleżeńskiej rozmowie zdolny ów serwisant zgodził się wykonać usługę. Ze zrozumiałych powodów naprawa odbyła się nie w autoryzowanym serwisie, ale w zaprzyjaźnionym garażu na osiedlu. Interes był satysfakcjonujący dla obydwu stron, bowiem mechanik za dwie godziny pracy i części warte 200 zł wziął „po koleżeńsku” złotych 700, czyli wielokrotnie mniej, niż za wymianę sterownika zawinszował sobie serwis autoryzowany. Naprawa okazała się skuteczna na kolejnych kilkadziesiąt tysięcy kilometrów przebiegu.

Pora już zdradzić co było powodem pojawiających się problemów z silnikiem. Otóż przyczyną zakłóceń spalania był rozrząd, konkretnie zaś powstające w nim uderzenia, które powodowały, iż czujnik spalania stukowego wysyłał do sterownika silnika sygnały interpretowane przez tenże sterownik jako objaw niewłaściwego spalania. Następowała wówczas regulacja korygująca polegająca na prostym zmniejszeniu kąta wyprzedzenia zapłonu aż zapłon w końcu stawał się zbyt późny, co zakłócało proces spalania.

Warto tu dodać, że po zidentyfikowaniu tego zjawiska producent auta zmienił oprogramowanie w sterowniku, zastosowano też subtelniejszą korektę kątem uchylenia przepustnicy i wielkością dawki paliwa.

Pozostaje jeszcze wyjaśnić skąd mechanik, do którego trafiło w końcu auto, wiedział jak je naprawić. Otóż rozbierając silnik uszkodzony podczas wypadku zauważył ślady na prowadnicy łańcucha pochodzące od uderzeń o krawędź głowicy i prawidłowo skojarzył je z nieprawidłowym rozpoznawaniem spalania stukowego. Podczas „prywatnej” naprawy powtórzył więc tylko wymianę prowadnicy.

Stanisław Trela

POWIĄZANE POSTY
4 komentarze
  1. Kto to pisał! Kolejny tekst który nadaję się dla miłośników „opisów przyrody” a nie do prasy branżowej.
    „automobilowych ekskursjach” nie można było napisać po prostu, że lubi sobie pojeździć? Litości w następnych tekstach!

  2. Mnie się takie „słowne ekskursje” bardzo dobrze czyta 🙂 Dla mnie to idealny relaks po całym dniu prostych, technicznych dyskusji. Czasami są też dobrym przerywnikiem w pracy a nawet inspiracją 🙂 Wyróżnia się Pan na tle innych „fachowych” publikacji, dlatego będzie to Panu zapamiętane! Pozdrawiam serdecznie !

Zostaw Komentarz