Mambo nad Wisłą, czyli motoryzacja
po kubańsku

22 czrw. 2022

Mamy dobre wieści dla tych, którzy byli na Kubie i zachwycali się tamtejszym skansenem motoryzacyjnym, czyli samochodami pamiętającymi czasy, kiedy Fidel siedział jeszcze w Meksyku i dopiero obmyślał rewolucję. Nas też czeka rewolucja i będziemy musieli, podobnie jak Kubańczycy, utrzymywać na chodzie samochody w wieku historycznym i z przebiegiem astronomicznym. Stanie się tak za sprawą przyjęcia przez Parlament Europejski propozycji Komisji, by od 2035 roku dozwolona była sprzedaż wyłącznie samochodów bezemisyjnych, czyli elektrycznych.

O tym że ta bezemisyjność to lipa, wielokrotnie pisaliśmy. Że nasza energetyka już teraz przypomina skansen – również. Pisaliśmy też, zanim to się stało modne, że w polskich realiach samochód elektryczny nadaje się najwyżej do jazdy po mieście, i to tylko pod tym warunkiem, że mamy własny garaż, a w nim wallbox do ładowania. Ostatnio w prasie wręcz zaroiło się od artykułów, z których jasno wynika, że polska infrastruktura przeznaczona do ładowania samochodów elektrycznych to jedna wielka kicha. Przypominamy, że wszystko to dzieje się osiem lat po tym, jak Pan Premier wygłosił słynny manifest o milionie aut elektrycznych i wieszczył, że my Polacy, będziemy surfować na fali elektromobilnej rewolucji. Na razie zamiast mknąć ku przyszłości, stoimy sobie stabilnie na dnie niczym w betonowych kaloszach, a woda zaczyna nam się wlewać do nosa.

Ale wróćmy do kubańskich wzorców nad Wisłą, bo musimy wytłumaczyć skąd ta wizja. Otóż rynek samochodów z silnikami spalinowymi, w tym również aut hybrydowych, będzie się kurczył, a nic nie wskazuje, by elektryki staniały na tyle, żeby ludzi było na nie stać. Samochody używane będą więc drożeć i wszystko, co jeździ o własnych siłach, będzie trzymało wartość. Warsztatom na pewno nie zabraknie roboty, a mechanicy zaczną jeździć na szkolenia do Hawany, by uczyć się na przykład, jak z dwóch niejeżdżących wraków zrobić jeden ruchomy.

Niektórzy Czytelnicy mogą mieć nadzieję, że polski rząd jakoś wykołuje Unię i nie wprowadzi u nas tej ekologicznej anatemy na samochody spalinowe. Przecież niektórzy ministrowie mrugają do publiczności porozumiewawczo, a i nie brakuje parlamentarzystów, którzy otwarcie mówią, że nie przyłożą do tego ręki.

Otóż, drodzy obywatele, nasz rząd ma tu tyle do gadania, co karp w przeddzień Wigilii. Jeśli na rynkach europejskich nie będzie można sprzedawać samochodów z konwencjonalnym napędem, to nikt ich specjalnie dla Polaków nie będzie produkował. Możemy ewentualnie sprowadzać samochody z różnych egzotycznych kierunków. Na przykład z Iranu. Tamtejszy przemysł wytwarza pojazdy zbliżone konstrukcyjnie do aut produkowanych w Europie trzydzieści lat temu, kiedy elektromobilność ograniczała się jeszcze do wózków golfowych. Warto sprowadzać irańskie samochody razem z paliwem, bo litr benzyny na stacji w Teheranie kosztuje w przeliczeniu paręnaście groszy. Czy nasz rząd ma numer do ajatollahów?

Zostaw Komentarz