O aucie, które czasami nie zapalało

14 Cze 2016

Bywa, że powodem awarii jest wydawałoby się najmniej prawdopodobna z jej przyczyn. Jeśli zapomnimy o tej regule, możemy nie poradzić sobie z naprawą banalnej w sumie usterki.

Przedziwna historia, jaką przedstawiamy tym razem, wydarzyła się parę lat temu w mieście, które przez pewien czas było stolicą naszego kraju i nie chodzi tu bynajmniej o epizod lubelski. Otóż w mieście owym podczas napraw samochodu, co czasami nie dawał się uruchomić, poległ sromotnie autoryzowany serwis cieszący się naprawdę dobrą opinią. A wszystko dlatego, że cenne doświadczenia zebrane przez całe lata pracy prowadzą niekiedy do zgubnej rutyny. Ta zaś do desperacji.

Miłe złego początki

Zaczęło się jak zwykle uprzejmościami w stylu kwiecistego nadruku na fakturze „Dziękujemy za zakup i życzymy przyjemnej jazdy”. I w rzeczy samej klient był zadowolony, ponieważ wszedł w posiadanie pierwszego w swym życiu dwuosobowego auta sportowego o wielkiej, choć w zasadzie niepotrzebnej mocy. W dodatku samochodu, jakiego nie miał żaden z jego sąsiadów ani partnerów w interesach. Zadowoleni byli również pracownicy salonu, bo mogli liczyć na sporą premię, gdyż od sprzedaży pojazdu dealer miał niewąską prowizję.

Atmosfera ogólnej szczęśliwości nie trwała jednak długo. Już w dwa dni po zakupie lekko podenerwowany klient zatelefonował, że nie może wyjechać ze swej posiadłości, gdyż samochodu nie sposób uruchomić, prosi zatem o pomoc. Pomoc udała się na miejsce zdarzenia niemal błyskawicznie, bo już po półgodzinie była przy aucie. Pojazd najwyraźniej wystraszył się jej przybycia, gdyż silnik bez jakichkolwiek perturbacji podjął pracę. Zbity z tropu właściciel auta przyjazd pomocy i pomocy skuteczne udzielenie pokwitował, po czym załatwiać swe sprawy biznesowe ruszył.

Kłopoty się powtarzają

Nie minęło więcej niż trzy doby, gdy posiadacz sportowego cuda, przepraszając bardzo (bo już z zakodowanym w sobie poczuciem własnej winy), zatelefonował po pomoc „z tego samego powodu”, jak to nie wprost ujął. Aby nie nadużywać nadmiernie cierpliwości czytelnika, od razu powiedzmy, że wydarzenia potoczyły się „toczka w toczkę” jak za pierwszym razem. Pomoc pomogła poprzez samą swą obecność, kwitek poświadczający skuteczność interwencji został podpisany, każdy pojechał w swoją stronę, tzn. właściciel auta do spraw biznesowych, zaś pomoc do następnego klienta wzywającego pomocy.

Po odebraniu trzeciego zgłoszenia, że świeżo przecież zakupione auto (o wartości sporego mieszkania w tzw. dobrym punkcie) znów nie chce zapalić, tym razem „na mieście”, pani obierającej w serwisie telefony zupełnie zepsuł się makijaż, najbardziej zaś od łez ucierpiały staranie i gustownie umalowane oczy. Klient bowiem, przypomniawszy sobie stare czasy, gdy nie był jeszcze ogólnie szanowanym biznesmenem, lecz „więźniem systemu”, jak podał w lokalnym „Who is who?”, językiem „spod celi” dobitnie objaśnił swej rozmówczyni, co myśli o nabytym samochodzie i o sprzedawcach tego, jak się wyraził: „gówna na kółkach”. Wyjaśnić tu wypada, że poprzedni system rzeczywiście więził właściciela awaryjnego pojazdu, wszelako nie za, ogólnie rzecz ujmując, politykę czy jakąś opozycję, lecz za kradzież większej ilości desek i cementu z kilku państwowych budów.

Poza doprowadzeniem do płaczu pracownicy serwisu klient wymógł, aby zabrać to… (tu się powtórzył) lawetą na warsztat i w końcu je naprawić. Laweta przybyła, samochód oczywiście dał się bez trudu uruchomić, wjechano zatem na lawetę, która zgodnie z sugestią klienta zabrała pojazd do warsztatu czy też na warsztat – różnie się bowiem mówi.

Co mówi tester?

W czy też na warsztacie samochód sportowy dwuosobowy, rzadki i drogi został po raz pierwszy, mówiąc językiem medycznym – przebadany. Podłączono otóż do niego tester, któremu wydano następnie rozkaz przeczesania wszystkich 54 komputerów zainstalowanych w aucie. A to w celu ustalenia, czy w którymś nie zapisał się jakiś błąd, dzięki któremu można by wyjaśnić, dlaczego klientowi nie udaje się uruchomić silnika (fakt, że z rzadka), zaś pomoc uruchamia tenże za każdym razem bez najmniejszego problemu. No i komputer sterujący silnikiem (czego należało się zresztą spodziewać) podał, że w pamięci jego błędnych stanów zapisał się komunikat, który przetłumaczony na język polski brzmi: czas rozruchu przekroczony. W odpowiedniej komórce tabelki do tego błędu przyporządkowanej widniała dodatkowo informacja, że zdarzenie powtórzyło się 17 razy. A zatem klient nie przejmował się jakoś szczególnie tym, iż jego nowe auto wysokiej klasy nie zapala za pierwszym razem, i 5-6 razy próbę rozruchu powtarzał (a nuż zapali?). Dopiero potem chwytał za telefon.

Przeprowadzone po badaniu testerem wielokrotne próby uruchomienia silnika za każdym razem kończyły się sukcesem. Rytualnie wykonywana jazda próbna również nie wniosła nic niepokojącego. Na wszelki przypadek wystawiono więc jeszcze auto jak wielkanocnego zająca na zewnątrz, aby do rana zmarzło, bo może wtedy coś się okaże. Ponieważ nic nie okazało, klienta wezwano po odbiór pojazdu.

Odkrycie właściciela

Tym razem spokój trwał jakieś dwa tygodnie. Nawet podejrzewano w serwisie, że jakiś dłuższy wyjazd zagraniczny albo jakieś nieszczęście klientowi się trafiło, ale nie. Zapytany telefonicznie, jak się auto sprawuje, jego właściciel krótko odparł: „Na razie dobrze”.

Za czwartym razem, gdy samochód nie zapalił, tym razem pod sklepem, klient wykazał się sprytem i zawezwał pomoc z innego serwisu. Załoga lawety (do której prywatnymi kanałami przepłynęła już informacja o aucie, co nie zapala, jak nie ma na to ochoty) wykazała się jednak sprytem nie mniejszym i odwiozła samochód do „macierzystego” serwisu. Jak, kłamiąc w żywe oczy, się tłumaczyła: „u nas chwilowo wolnego miejsca nie ma”.

Znów minęło kilka tygodni bez wzywania pomocy. Auto co prawda nadal od czasu do czasu nie dawało się uruchomić, ale jego właściciel nie sięgał po telefon, bo dokonał odkrycia, że gdy ciepły silnik nie chce zapalić, należy odczekać pół godziny, a wówczas zapala. Już był nawet bliski okrzyku „eureka” – auto nie pali na ciepło, ale gdzie tam – gorący silnik, świeżo po dłuższej jeździe podejmował pracę natychmiast w 100 na 100 przypadków. W końcu z bagażem zebranych doświadczeń oraz wezwaniem przedsądowym odstawił samochód do serwisu w celu „ostatecznego naprawienia usterki polegającej na nieuruchamianiu się silnika od czasu do czasu”, jak to wolę właściciela pojazdu wyraził znany w mieście adwokat.

Naprowadzony „na temperaturę” serwis wyszukał na schemacie elektrycznym układu sterowania silnikiem dwie ofiary wspomnianej już na wstępie desperacji i oba niewinne te byty zostały wymienione na całkowicie nowe. Aby w papierach się wszystko zgadzało, sporządzono fikcyjny protokół pomiarów charakterystyki rezystancja/temperatura obydwu czujników, je zaś same na wszelki przypadek zezłomowano młotkiem.

Serwis kapituluje

Naprawa ta, jak nietrudno się domyślić, nic nie dała. Już po paru dniach auto zostało odstawione do serwisu. Towarzyszyło mu następne pismo adwokata z załącznikiem w postaci oświadczenia świadków, że auto nie dało się uruchomić. Jednocześnie mecenas w imieniu swego klienta zażądał wykonania testu komputerowego i wydania jego wyników. Po wydrukowaniu komunikatu o błędach rozruchu serwis dosłownie i w przenośni podniósł ręce do góry…

Z perspektywy czasu aż dziw bierze, że znakomicie przecież wyposażony serwis z doświadczonymi i dobrze przeszkolonymi pracownikami nie potrafił poradzić sobie z opisywanym przypadkiem. Zadziałała chyba siła sugestii czy też może głębokie przekonanie, iż niesprawność będąca powodem całego zamieszania jest nie do pomyślenia w nowiutkim samochodzie za tyle pieniędzy, dwuosobowym w dodatku.

O pewnym aucie 1Powodem perturbacji z uruchamianiem silnika okazało się paliwo. I to, żeby było ciekawiej, wcale nie jakieś podłej jakości czy „chrzczone” wodą lub olejem opałowym. Wręcz przeciwnie. Problem pojawiał się po zatankowaniu dostępnej w wielu sieciach stacji paliw benzyny o poprawionych parametrach w stosunku do standardowej benzyny 95 i oczywiście odpowiednio od niej droższej.

Owe superbenzyny, oprócz innej nazwy i ceny, różnią się od standardowych również kilkoma innymi szczegółami, w tym wyższą liczbą oktanową. Akurat w przypadku nowoczesnych silników wyposażonych w układy kontrolujące pojawianie się spalania stukowego parametr ten nie ma pierwszorzędnego znaczenia, ale przecież nie wszyscy jeżdżą pojazdami napędzanymi takimi silnikami. Tak więc w ofercie każdej szanującej się sieci stacji paliw znajduje się również benzyna o zwiększonej liczbie oktanowej, a liczba ta jest zazwyczaj podnoszona przez rozmaite dodatki, m.in. alkoholi. Takiego do picia, czyli etanolu, także. Alkohole mają zaś tę cechę, że w fazie przygotowania mieszanki paliwowo-powietrzej zachowują się wyraźnie inaczej (inne ciepło parowania, inna prężność par itp.) niż węglowodory, z których składa się benzyna. W efekcie mieszanina z udziałem etanolu cechuje się nieco innym przedziałem (określonym wartościami współczynnika „lambda”), w jakim ma ona zdolność do zapłonu.

Większości samochodów, tzn. uruchamianych w tradycyjny sposób (kierowca tak długo trzyma kluczyk w położeniu rozruch, aż silnik podejmuje pracę), nie stwarza to specjalnego problemu. Po prostu rozruch jest trochę dłuższy. Inaczej rzecz potrafi wyglądać w przypadku rozruchu automatycznego, gdy jego parametry są wyliczane na podstawie wartości temperatury silnika oraz właściwości ściśle zdefiniowanego paliwa. Jeżeli paliwo jest inne, przez co na początku zapłony w cylindrach nie występują regularnie, komputer po wyliczonym czasie przerywa rozruch i całe zdarzenie zostaje zapisane jako odpowiedni błąd w pamięci sterownika.

Dlaczego zatem samochód, którego historia została tu przedstawiona można było uruchomić na „całkiem zimno” i „na gorąco”? Ano dlatego, że dla zupełnie wychłodzonego silnika dawka paliwa jest programowana z naprawdę dużym zapasem, wszak trzeba zagwarantować, aby rozruch nastąpił nawet przy -40 °C. Z kolei gorący silnik, mówiąc najprościej, zawsze jakoś zapali.

Jeśli ktoś nie bardzo wierzy w te wyjaśnienia i ma inną teorię, musi odpowiedzieć na pytanie, dlaczego problemy z pechowym samochodem skończyły się jak ręką odjął, gdy do zbiornika zaczęto tankować wyłącznie standardową benzynę.

Stanisław Trela

 

POWIĄZANE POSTY
6 komentarzy
  1. Szczerze mówiąc to mało wiarygodne wytłumaczenie. W instrukcji obsługi samochodu było zapewne napisane, że minimalna dopuszczalna liczba oktanowa paliwa wynosi 95 oktanów. Ponadto paliwa o większej liczbie oktanowej muszą spełniać wymagania na benzyn zwykłych, np. jeśli chodzi krzywą destylacji, ustalone przez światową kartę paliw. Może było to np. paliwo o zwiększonej zawartości biokomponentów, o czym powinna być informacja na dystrybutorze. Może ten silnik był przystosowany do spalania paliw o zwiększonej zawartości biokomponentów i był wyposażony w tzw. Flex-fuel sensor, ale był on uszkodzony i nie wykrywał innej niż zwykle (w typowej benzynie) zawartości biokomponentów. Trochę mi trudno uwierzyć w wytłumaczenie z artykułu.
    Serdecznie pozdrawiam
    Stefan Myszkowski

  2. Wytlumaczenie w artykule tego przypadku jest zupelnie OK. Ale brakuje jeszcze jednego Wariantu: nazwe go: staryPutin. kojazy mi sie z sytuacja jak to w fabryce LADY w czasie uroczystej prezentacji nowego obecnego WSPOLCZSNEGO modelu ,za kierownica zasiadl sam Najwazniejszy a na reszczie siedzen cala wazna Reszta.. I co??. niestety mimo wielokrotnych prob silnik nie zapalil.. a DLACZEGO: bo z dobrym przyzwyczjeniem Kierowca podpompowal pedalem gazu w negatywnie skuteczny sposób… wiec powstalo takie zamieszanie w odczytach, algorytmach w Sterowniku silnika(produkcji koncernu Zachodniej Europy, ze NIE ZAPALIL…wiec medialne wielkie buuuuuu….

  3. Ja wierzę. Miałem kiedyś Mitsubishi Pajero na wymianę bendix-a w rozruszniku. Po wymianie auto rano odpalało tylko na 3 akumulatorach. Potem cały dzień (nie kręcił rozruznik) po 8 demontażach rozrusznika w desperacji został kupiony NOWY w SERWISIE rozrusznik, który nic nie polepszył. Dzięki czujnikowi w filtrze paliwa, który pokazał, że jest woda sprawa się wyjaśniła. Filtr miał przejechane 4000, a czujnik pokazuje, że jest woda. Po zmianie stacji benzynowej rozrusznik kręcił. Przyczyną była woda na cylindrach, która robiła taki opór rano, że rozrusznik nie miał siły okręcić silnikiem

  4. Paliwo paliwem, ale co z tym rozkazem przeczesania wszystkich 54 komputerów zainstalowanych w aucie…Stare SLK na krotkim tescie w zaleznosci od wyposazenia znajduje moze z 8-1-0 elektronicznych jednostek sterujacych…Nowe w222 moze posiadac okolo 54, no chybe ze liczymy kazdy MCU w tym SLK to moze by sie tyle znalazlo…no offense…

  5. Nowosć nie oznacza Lepsze, co najwyzej Droższe. Płać i płacz(też na Kredyt):bo musi byc utrzymany Ksiegowy Wzrost Wskazników….

Zostaw Komentarz