Polowanie na mechaników, czyli kto będzie naprawiał samochody?

06 lp. 2022

Oglądając konkursy piękności, można odnieść wrażenie, że najpopularniejszym w Polsce kierunkiem studiów jest „bezpieczeństwo wewnętrzne”. Akademickie zgłębianie tej właśnie dziedziny deklaruje bowiem znaczna część kandydatek na miss. Właściwie można by stworzyć dodatkową kategorię i szarfę „Miss Bezpieczeństwa Wewnętrznego”, która stanęłaby obok „Miss Publiczności”, „Miss Dziennikarzy” i „Miss Sponsorów”. Od razu nadmieniamy, że uznajemy bezpieczeństwo wewnętrzne za temat doniosły i cieszymy się, że krajowi nie zabraknie specjalistów.

Po tym karkołomnym wstępie przechodzimy do tematu, czyli problemów z brakami na odcinku. W czasach słusznie minionych brakowało części zamiennych i próżno było szukać np. paska klinowego do Syreny w sklepach z paskami klinowymi. Sympatycy filmów Barei zapewne przypominają sobie scenę z „Bruneta wieczorową porą”, kiedy to jeden z bohaterów załatwia pasek klinowy u kierownika sklepu mięsnego i dostaje część prosto z chłodni. No więc teraz paski dostępne są od ręki, ale za to brakuje ludzi, którzy umieją je montować.

Jeden z niżej podpisanych udał się do warsztatu w celu wymiany dziurawego tłumika. Wydawałoby się, sprawa banalna, a naprawa zostanie wykonana od ręki. A gdzie tam! Szef warsztatu westchnął ciężko, zgarbił się dziwnie, jakby go przygniótł niewidzialny ciężar, po czym wziął interesanta pod łokieć i wyprowadził z recepcji na plac. Tam, przybrawszy dramatyczny wyraz twarzy, zawołał z rozpaczą: „Widzisz pan te samochody na placu. A te na ulicy? I jeszcze tamte po drugiej stronie? Wszystko to do nas czeka w kolejce. Nie wiem, co się dzieje, ludzie powinni być na wakacjach, zamiast do warsztatu przyjeżdżać!”

Na nieśmiałą uwagę, że powinien cieszyć się, iż ma robotę, szef uśmiechnął się krzywo i wycedził: „Pracuję po 14 godzin dziennie. Tylko śpię i pracuję, nawet jem w warsztacie. Panie, co to za życie…” Zapytany zaś, czy nie powinien znaleźć kogoś do pomocy w zarządzaniu warsztatem, jeszcze bardziej się zgarbił. „Nie ma skąd wziąć ludzi do pracy” – wyznał. „Pokaż mi pan kogoś, kto się nadaje, a zaraz go zatrudnię” – dodał.

Cała ta historia dała nam do myślenia. Skąd bierze się ten deficyt chętnych do tego, by związać swoje zawodowe losy z branżą motoryzacyjną? Czy kariera warsztatowca wydaje się młodym ludziom całkiem niepociągająca? Może to kwestia nie dość wysokich zarobków, a może praca w warsztacie wydaje się młodzieży zbyt ciężka i wymagająca? Oto pytania godne obszernej dysertacji, którą chętnie byśmy przeczytali.

Od czasów, kiedy na części się polowało, wiele się zmieniło. Do znanego warszawskiego technikum samochodowego kandydaci kiedyś walili drzwiami i oknami, podobnie jak dziś do renomowanych liceów. Niestety po dawnej sławie nie ma już śladu, a wyniki matur wskazują, że poziom nauczania, a pewnie i samych uczniów, katastrofalnie się obniżył i najwyraźniej do „samochodówki” trafiają w dużej mierze kandydaci przypadkowi.

Co tu dużo mówić, kształcenie zawodowe od wielu lat leży i kwiczy. Nic też nie wskazuje, by to miało się zmienić. Czy decydenci odpowiedzialni za politykę oświatową zaczną wreszcie myśleć, co zrobić, żeby młodzież znów chciała się uczyć fachu i było komu naprawiać samochody? Oprócz specjalistów od bezpieczeństwa wewnętrznego przydaliby się też ci od bezpieczeństwa na drodze.

Zostaw Komentarz