Prawo nie nadąża za rzeczywistością, bo ta wciąż ucieka

14 sp. 2022

Jest takie powiedzenie, którym kwituje się u nas rozmaite legislacyjne nonsensy, a brzmi ono następująco: prawo nie nadąża za rzeczywistością. Właściwie należałoby powiedzieć, że to ci, którzy za kształt konkretnych przepisów są odpowiedzialni, za rzeczywistością nie nadążają, a czasem w ogóle są od niej oderwani.

W branży motoryzacyjnej rozmaitych prawnych „kwiatków” kwitnie całe mnóstwo. Pamiętamy, jak sami przed laty wałkowaliśmy temat świateł dziennych. Chodziło o to, że obowiązywał kompletnie nieżyciowy przepis, który wymagał, by po zapaleniu świateł do jazdy dziennej w pojeździe świeciły również tylne światła pozycyjne, ale bez przednich. Z tego powodu nie dało się bez bólu głowy zamontować w samochodzie dodatkowych świateł akcesoryjnych. Drążyliśmy temat, bo nurtowało nas, dlaczego w Polsce musi być inaczej niż w pozostałych krajach europejskich, gdzie podobny wymóg nie obowiązywał, a nie obowiązywał, bo żadnego sensu nie miał.

No i któregoś razu udało nam się gdzieś przy jakiejś okazji przydybać pewnego Bardzo Ważnego Dyrektora Departamentu i zapytać go, kiedy regulacje znormalnieją. Pan Dyrektor przybrał najsampierw pozę wyniosłą, symbolizującą urzędowy majestat, po czym wyjaśnił nam, że przepis wymagający świecenia tylnych świateł pozycyjnych wraz lampami do jazdy dziennej ma głęboki sens, albowiem stoi na straży bezpieczeństwa ruchu drogowego. Otóż, zdaniem Ważnego Dyrektora, polscy kierowcy są niefrasobliwi i jeżdżą na światłach dziennych również po zmierzchu. Dlatego właśnie światła z tyłu powinny się palić, żeby uniknąć wypadków. Aż strach pomyśleć – ciągnął Ważny Dyrektor, co by się na drogach działo, gdyby ten światły, nomen omen, przepis nie obowiązywał.

Czasy się zmieniły, zmienił się dyrektor, a wraz z nim przepis – o dziwo nie doprowadziło to do katastrofy.

Bohaterskie pokonywanie problemów, których nie ma w innych krajach to wciąż jednak nasz sport narodowy. Oto firmy zajmujące się w Polsce tworzeniem motoryzacyjnych rozwiązań przyszłości, w tym takich, które mają przyczynić się do zwiększenia bezpieczeństwa jazdy, biją na alarm, że nie mogą u nas testować zautomatyzowanych pojazdów na drogach publicznych. Obowiązujące przepisy wymagają, aby taka jazda odbywała się w specjalnej kolumnie eskortowanej przez policję, nie we mgle i nie w deszczu przypadkiem, bo to niebezpieczne. Tymczasem takie eskortowane testowanie jest do bani, bo nie da się w ten sposób zasymulować normalnych warunków drogowych. W związku z tym 20 przedsiębiorstw zatrudniających w Polsce kilka tysięcy specjalistów obawia się, że wypadnie z rynku, a wygryzą ich konkurencji z Niemiec i Czech, gdzie testy na drogach publicznych są dozwolone.

Być może obecny Bardzo Ważny Dyrektor Departamentu też się kiedyś zmieni, a przepis znormalnieje, ale może się okazać, że zmiana nie nadążyła za rzeczywistością, bo ta już jej dawno uciekła.

I będzie po herbacie.

 

 

 

Zostaw Komentarz