Samoczynny wzrost ilości wolnych obrotów

23 marzec 2016

Gdyby nie bardzo stara sztuka retoryki, czyli w przybliżeniu – przekonującego, ale niekoniecznie zgodnego z prawdą wypowiadania się na różne tematy, właściciel pojazdu zapewne usłyszałby w serwisie „nie wiemy, co dzieje się z silnikiem w tym samochodzie”. Tymczasem zapewniono go, że „ten typ auta tak ma”.

Tytuł, pod jakim przedstawiamy kolejną z dziwnych historyjek poświęconych nietypowym awariom samochodów, brzmi może nieco dziwnie, ale jest to cytat z protokołu dotyczącego zdarzenia, które definitywnie zakończyło wydający się nie mieć finału spór pomiędzy właścicielem pojazdu i autoryzowanym serwisem. Najkrócej mówiąc, kontrowersję budziła kwestia, czy silnik napędzający niedawno zakupioną kosztowną limuzynę jest dobry czy niedobry.

Sposób na podatek

Cała sprawa zaczęła się, jak zwykle, bardzo niewinnie. Właściciel fabryczki bluzek damskich i męskich koszul, zlokalizowanej w byłym zagłębiu odzieżowym koło Łodzi, zobaczywszy, co się dzieje na świecie, podziękował swym szwaczkom za współpracę i uwolnione w ten sposób fundusze z pozycji „płace” zainwestował w zakup kontenera ciuchów „z Tajwanu”, jak to początkowo szyfrowano chińskie pochodzenie towaru. Operacja ta przyniosła mu spory zysk, ponownie więc zainwestował i… znów sporo zarobił.

Nowy interes zaczął mu się kręcić na tyle dobrze, że za radą księgowej postanowił „obłożyć się kosztami”, aby „za bezdurno” nie płacić podatku dochodowego. Modne wówczas było, a i jest teraz, wzięcie samochodu w leasing. Czy taki manewr uwalnia od podatku dochodowego, pozostaje sprawą dyskusyjną. Raczej przesuwa ten podatek w gestię firmy leasingowej, ale wedle staropolskiego powiedzenia: czego oczy nie widzą, tego sercu nie żal…

Do pełni szczęścia podatkowego trzeba było niestety zamontować mało gustowną kratę, zmieniającą w cudowny sposób wypasioną limuzynę w ciężarowy samochód, bardzo w każdej firmie potrzebny. Taki, którym niby worek węgla do kotłowni można podrzucić lub pół palety cegieł do remontu biura przywieźć. I nic to, że pojazd ma tapicerkę ze skóry wołu nilowego w kolorze kremowym i aluminiowe felgi warte 10 ton węgla każda. Ale taki to już mieliśmy, i mamy, system – podatnik udaje, że jeździ ciężarówką, urząd skarbowy udaje, że to prawda.

Ssanie niesymetryczne

No, ale do rzeczy. Na krótko przed pierwszym obowiązkowym przeglądem owa ciężarowa limuzyna zaczęła szwankować. Jak podyktował do zlecenia naprawy jej właściciel, mocy czasem nie miała i oleju w silniku jakoś szybko ubywało. Serwis podłączył się do sterownika silnika i wyczytał w nim:

  • zapisany błąd „niesymetryczne ssanie powietrza”,
  • zapisane dolewki oleju w ilości 3,2 litra w trakcie 12 tys. km przebiegu.

Niesymetryczne ssanie stanowiło dla mechaników nowość, gdyż inne bywające w serwisie limuzyny też miały po dwa rzędy cylindrów, ale ilość zasysanego przez nie powietrza była mierzona na wspólnym wejściu zaraz za filtrem. Tu zaś odbywało się to oddzielnie dla każdej strony. Ale cóż, to nowy, świeżo wprowadzony typ silnika, widać konstruktorzy uznali, że tak będzie lepiej. Co jednak teraz z tym fantem zrobić? Ponieważ nikt w serwisie nie miał pomysłu, stosowne pytanie zostało wysłane do Centrali. Sprawę nadmiernego zużycia oleju zlekceważono.

Centrala odpisała, że zapis błędu niesymetrycznego ssania to nieporozumienie, gdyż nowe silniki ssą wielce symetrycznie, tylko czujniki masy powietrza są niedokładne. W efekcie komputer sterujący, mający wpisaną w oprogramowanie zbyt małą tolerancję, przy porównywaniu tego, co wleciało w prawy i lewy rząd cylindrów, niesłusznie rejestruje błąd i włącza tryb awaryjny, objawiający się sygnalizowanym przez klienta brakiem mocy. Słowem, jak w renomowanej francuskiej winiarni – wino klarowne, tylko kieliszek brudny. Zarazem jednak Centrala wykazała się rzadko spotykanym konkretem. Dosłała otóż plik z dogrywką do oprogramowania, która tolerancję na niesymetrię mocno powiększyła. Niemoc, faktycznie, znikła, jak ręką odjął.

Spór o olej

Samoczynny1„Olej jakoś szybko ubywający” natomiast pozostał. Klient więc dalej użerał się z serwisem, argumentując retoryką, można by rzec, „użytkową”, że wymiana oleju na przeglądzie po 20 tys. km była chyba zbędna, bo 5 litrów świeżego oleju to już silnik dostał w nieistniejącym podobno „międzyczasie”. Autoryzowana stacja obsługi dzielnie odpierała te ataki, przede wszystkim pokazując palcem w instrukcji samochodu, że jak się „czadu daje”, to silnik ma prawo zużyć nawet 0,8 l oleju na 1000 km. Czyli mówiąc najprościej: „wypad z baru”, zaś innymi słowy, a konkretnie tak jak zostało to ujęte w oficjalnym piśmie do właściciela pojazdu: „…jeżeli nasze wyjaśnienie zgłoszonej sprawy nie zadowoliło Szanownego Pana, to radzimy zwrócić się bezpośrednio do przedstawicielstwa producenta XX w YY”.

Przedstawicielstwo producenta XX w YY (czyli znana nam Centrala), zaatakowane „ubywającym olejem”, po bezpośrednim wyjaśnieniu z serwisem „o co się rozchodzi”, w ciemno serwis poparło, odsyłając klienta do instrukcji obsługi. Wnerwiony takim traktowaniem właściciel nie taniej przecież limuzyny napisał zatem zjadliwy paszkwil do kolorowej i poczytnej gazety samochodowo-motocyklowej. Wydrukowanie owego dzieła pod tytułem „Jak to możliwe, aby w samochodzie tej klasy silnik brał litr oleju na 1000 km?” spowodowało, że zawezwany przez redakcję do wyjaśnień przedstawiciel Centrali, zgodnie z technologią „jak skutecznie kłamać i nie dać się na tym złapać” w odpowiedzi przygotował dywagacje na temat związku techniki jazdy z zużyciem paliwa i oleju silnikowego. Klient wprawdzie na zużycie paliwa się nie uskarżał, ale przeciętny czytelnik wyjaśnienia o tym nie wiedział i gdy dobrnął do połowy sążnistego wywodu o zużyciu paliwa, resztę tekstu sobie darowywał, przekonany, że skarżący się na limuzynę człowiek jest nawiedzony lub mało inteligentny, co zresztą znakomicie zostało zasugerowane przez przedstawiciela Centrali, który na wstępie swej wypowiedzi zawarł myśl następującą: „Nasze coraz bardziej zaawansowane technologicznie samochody sprawiają niektórym użytkownikom dużo problemów w zrozumieniu, jak działają…”

Nieoczekiwany finał

Nic nie wskórawszy, były fabrykant, a obecnie importer, machnął ręką na całą sprawę ze względu na nawał zawodowych obowiązków. Postanowił wrócić do niej, gdy będzie swobodniejszy, godząc się tym samym, że przez jakiś czas co drugie tankowanie musi też kupić litr oleju do silnika. Dalszego ciągu sporu jednak nie było, a epilog historii daje się odtworzyć z zapisanych przez towarzystwo ubezpieczeniowe wyjaśnień fabrykanta/importera, potwierdzonych przez osobę zaufania publicznego w postaci komendanta Straży Pożarnej w N.

obrotomierz 1A oto, co do protokołu powiedział, nie ukrywajmy już tego, były właściciel pechowego pojazdu: „Jechałem z Chełma do Biłgoraja. Parę kilometrów przed Krasnymstawem zapaliła się lampka oleju, co często zdarzało się w tym samochodzie. Postanowiłem więc zjechać na stację benzynową, by olej kupić i dolać. Gdy przed skrętem na stację zdjąłem nogę z gazu, odniosłem wrażenie, że silnik ma za wysokie wolne obroty, ale się tym nie przejąłem. Gasząc na parkingu stacji silnik, wydało mi się z kolei, że gaśnie on dłużej niż zwykle. Pracownik stacji zdziwił się, że kupuję aż dwa litry oleju na dolewką do takiego samochodu. Powiedział, że nie spotkał jeszcze nikogo, kto w aucie wartym tyle pieniędzy musiałby wciąż uzupełniać poziom oleju. Jak olej dolałem, zapaliłem silnik. Wystartował normalnie, przegazowałem go trochę, bo wtedy szybciej gasła kontrolka oleju. Gdy puściłem gaz, wolne obroty zaczęły być za wysokie, wynosiły ok. 1200 obr/min. Myślałem, że się linka gazu zacięła, ale koledzy mi później powiedzieli, że takie auta linki nie mają, bo to komputer gazu dodaje. Nacisnąłem więc jeszcze raz na pedał, ale już leciutko i na chwilkę, co jednak spowodowało samoczynny wzrost liczby wolnych obrotów. Gdy silnik już ryczał, mając jakieś 3500 obr/min, przekręciłem kluczyk, aby go zatrzymać i wezwać serwis. Niestety, nawet po wyjęciu kluczyka ryczał, i to coraz bardziej. Zdenerwowany, wysiadłem z samochodu i zobaczyłem, że z rury wydechowej leci czarny dym, kłęby całe. Maski nie otwierałem, bo się bałem, gdyż coś zaczęło pod nią strasznie piszczeć, a pod samochodem pojawił się jakiś siwy dym. Pobiegłem po pomoc do budynku stacji.”.

Pracownik stacji zeznał z kolei: „Ten pan wbiegł bardzo zdenerwowany, krzycząc, że jego auto się pali. Złapałem za gaśnicę i poleciałem z nią do samochodu, ale blisko bałem się podchodzić, bo coś strasznie wyło i dymiło. Nagle strzeliło… i zrobiło się cicho. Ale spod maski buchnął ogień, więc od razu wróciłem i zadzwoniłem po strażaków”.

Koniec epilogu to rzeczowe oświadczenie komendanta lokalnej Straży Pożarnej: „Podoficer dyżurny odebrał telefoniczne zgłoszenie pożaru samochodu marki XX na parkingu stacji benzynowej. Niezwłocznie wysłał do akcji wóz bojowy na sygnale. Załoga po przybyciu na miejsce wydarzenia rozwinęła linię gaśniczą i rozpoczęła akcję od przodu samochodu, którą musiała przenieść stopniowo na jego środek i podwozie. Po stłumieniu ognia wystudzono zgliszcze i nadzorowano je”.

Tak oto zakończyła się historia samochodu z krzywossącym silnikiem, co miał duży apetyt na olej.

Samoczynny2

Pozostaje jeszcze wyjaśnić, jaki był mechanizm tych zdarzeń? Otóż przyczyną coraz szybszej pracy silnika po wyjęciu kluczyka ze stacyjki (a więc i wyłączeniu sterowania elektronicznego) było zasilanie jednego rzędu cylindrów olejem wyciekającym z uszkodzonego łożyska turbosprężarki. Nie mając zdolności samoregulacji, silnik wysokoprężny rozbiegł się tym łatwiej, że przy spalaniu gorącego oleju silnikowego w przypadkowych warunkach powstawała wielka ilość spalin napędzających turbosprężarkę.

Stanisław Trela

POWIĄZANE POSTY
1 comments

Zostaw Komentarz